fbpx
Strona główna Podróże Azja Wulkan Bromo na własną rękę. Czy warto?

Wulkan Bromo na własną rękę. Czy warto?

0
Wulkan Bromo na własną rękę. Czy warto?

Wulkan Bromo

Miejsce, które chciałam zobaczyć od początku planowania podróży do Indonezji.

wulkan Bromo

Jak zawsze przekopałam wszelkie możliwe przewodniki i blogi w celu uzyskania jak najbardziej szczegółowych informacji jak dostać się na wulkan. Najprostszy sposób to wykupienie transportu jeepem, natomiast po drodze trzeba zapłacić za wstęp na teren parku.

Przed wyjazdem razem z chłopakiem dowiedzieliśmy się, że opłata, która pobierana jest przy wjeżdżaniu na teren “parku” jest nielegalna, co oznacza, że ludzie żądający pieniędzy w zamian za bilet nie mają do tego uprawnień. Komu się płaci? Nie mam pojęcia! 

Prawdopodobnie strażnicy oraz przewodnicy dzielą się pieniędzmi, ale gdzie to dokładnie trafia trudno powiedzieć – może ktoś z Was wie?

Wgłębiliśmy się w internetowe mądrości na temat sposobów na ominięcie nieuczciwych praktyk.

Uwierzcie mi, że Indonezja jest miejscem, gdzie sposób w jaki mafie turystyczne traktują turystów jest tak dalece bezczelny i irytujący, że pragnęliśmy jak najdalej trzymać się od turystycznego kołowrotka, nawet jeśli miało wymagać to więcej zachodu.

Na jednym z blogów dowiedzieliśmy się, że jest miejsce, a dokładnie dziura w płocie, która prowadzi do dróżki wiodącej do punktu widokowego. Mało tego, punkt widokowy, do którego można dojść nie jest oblężony przez turystyczne jeepy. Dlatego, nie dość, że nie ma nielegalnej opłaty, to jeszcze jest się w znacznie mniej zatłoczonym miejscu z równie pięknym widokiem. Brzmi super! Oprócz tego autorzy bloga narysowali mapkę, gdzie dokładnie trzeba przejść oraz którędy iść na taras z widokiem na wulkan Bromo.

Tajna trasa

Jest oczywiście tak tajna, że wiele podróżników, którzy choć trochę zainteresowali się samodzielną wędrówką na wulkan wiedzą o jej istnieniu. 

W Yogyakarcie zaraz przed wyjazdem do Probolinggo od kilku osób usłyszeliśmy, że trwa erupcja wulkanu Bromo, teren jest zamknięty i nie ma możliwości dostania się w tamtą okolicę. W internecie jednak nigdzie nie było żadnego komentarza o jakimkolwiek zagrożeniu.

Wyruszyliśmy więc pociągiem do Probolinggo, stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i jeśli okaże się niebezpiecznie to po prostu pojedziemy dalej. Dotarliśmy na miejsce bez problemu, a później razem z innymi podróżnikami dostaliśmy się do Cemoro Lawang, wciąż bez potwierdzonej informacji o zagrożeniu erupcją.

Czas zacząć wreszcie samodzielną wyprawę na wulkan!

Wstajemy o 3 rano, ubieramy się na cebulkę, zakładamy plecaki i czołówki na głowę. W telefonie jest mapka, więc jesteśmy dobrze przygotowani. Na dworze jest zimno i ciemno. Po drodze spotykamy kilka par podróżników, którzy również chcą udać się pieszo na mniej popularny punkt widokowy. Szybko się poznajemy i podejmujemy decyzje, że idziemy wszyscy razem.

Jest i dziura w płocie! Wchodzimy na wąską ścieżkę, która przez gąszcz krzaków prowadzi nas w dół. Mój chłopak prowadzi, jednak w pewnym momencie ktoś z grupy zwraca uwagę, że zbyt długo idziemy w dół, a przecież taras widokowy jest na górze. Zatrzymujemy się i grupa podejmuje decyzję o powrocie. Grupa, nie my! Mój chłopak przekonany o słuszności mapy przekonuje mnie, że idziemy dalej. Ja jak zwykle żądna przygody i wrażeń nie protestuje. Jest ciemno, nic nie widać, ale co tam. W końcu jesteśmy tylko gdzieś na końcu świata w okolicach wulkanu, który podobno wykazuje duże aktywności, no to przecież co może się stać?! 

Kontynuujemy wędrówkę, sami.

Zaczęło robić się płasko i zniknęły krzaki. Co gorsze, zniknęła też ścieżka.. Pojawiło się za to coś innego. Pył. Nasza widoczność ogranicza się do światła czołówki i jedyne co zostało podświetlone to tańczące w powietrzu drobne płatki pyłu. Wulkan jest blisko, na pewno. Jak blisko? Nie wiedzieliśmy. 

Idziemy dalej i zaczynamy tracić orientację. W którą stronę iść jeśli idziesz po piasku, bez drogi, nie widzisz nic i nie chcesz zbliżyć się do wulkanu? Kręcimy się, więc nawet nie potrafilibyśmy wrócić na ścieżkę, z której zeszliśmy. Zaczyna się lekka panika i z nerwów kłócimy się o to gdzie powinniśmy iść i co zrobić. Robi się nerwowo i nagle słyszymy w oddali przeraźliwe wycie. Coś zaczyna biec w naszą stronę i to szybko! Dzikie psy? Nie mamy pojęcia co biegnie, ale zaczynamy uciekać ile sił w nogach. Nie mamy pojęcia gdzie, po prostu przed siebie! Jest bardzo ciemno, a przed naszymi oczami jest wyłącznie pył. 

Chyba widzę jakieś światło!

Biegniemy jeszcze trochę i faktycznie coś miga. Psów już nie słychać więc łapiemy oddech i idziemy w stronę przemieszczających się świateł. Naszym oczom ukazują się jeepy, które jadą z turystami. Jeden za drugim. Jesteśmy zmęczeni i przerażeni, dlatego zatrzymujemy jednego z nich z nadzieją, że będzie w nim miejsce i dotrzemy gdziekolwiek, byle uciec od ciemności i dzikich zwierząt.

Jeep staje. Kierowca jest wyraźnie chętny na dodatkowy zarobek. Okazuje się jednak, że jest miejsce tylko dla jednej osoby. Co tu zrobić? Kierowca nie widzi żadnego problemu i proponuje mojemu chłopakowi miejsce.. na dachu!

Mimo moich próśb, żeby to jednak przemyśleć mój chłopak daje mi plecak ze sprzętem i szybko wskakuje na dach. Poza zardzewiałą barierką nie ma tam żadnego zabezpieczenia, ani przystosowania do transportu czegokolwiek. Już nie wspominając o bezpiecznym miejscu dla człowieka. Wszystko dzieje się szybko, zostałam posadzona na miejscu, drzwi jeepa zamknęły się i ruszyliśmy na górę. Koło mnie siedziały dziewczyny z Danii, Belgii, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Na przednim siedzeniu przy oknie siedział Belg, którego co chwile prosiłam by wyjrzał przez okno i pytał czy wszystko na górze ok. Było ciemno, droga zaczęła robić się coraz bardziej kręta i stroma. Otaczały nas drzewa, a gałęzie lekko ocierały się o samochód. W końcu.. dotarliśmy na miejsce.

Nic mu się nie stało! To było dla mnie najważniejsze.

Trafiliśmy na taras widokowy, w którym ilość turystów była zatrważająca. Cóż jednak z tego, gdy widzicie przed sobą widok, który jest tak bajkowy, że zdaje się aż nierealny. Jak się okazuje, przy całej tej przygodzie mieliśmy jednak trochę szczęścia. Było bardzo zimno, ale warunki pogodowe pozwoliły nam po raz pierwszy w życiu ujrzeć drogę mleczną! Widok był powalający i nigdy go nie zapomnę! Z wulkanu kłębił się dym, a malowniczo położona wioska skąpana była w porannej mgle. Droga mleczna rozciągała się na niebie w całej okazałości. 

Droga mleczna widoczna podczas wyprawy na wulkan Bromo.

droga mleczna nad wulkanem bromo
cemoro lawang

Po mroźnym poranku na tarasie widokowym zjechaliśmy pod sam wulkan. Dopiero w świetle dnia zobaczyliśmy gdzie znaleźliśmy się w środku nocy – Pustynia Tengger. Ogromny teren, z którego wyrasta kilka wulkanów, gdzie w ciemnościach moglibyśmy błądzić i kręcić się w kółko. Co niesamowite – na wulkan można wejść. Miejscowi oczywiście oferują turystom przejażdżkę na koniu, ale drogę spokojnie można pokonać pieszo, a następnie wejść po schodach na krawędź krateru. Z aktywnego wulkanu Bromo nie tylko unosi się kłębiący dym, ale słychać też jak w środku buzuje. Jest to niebywały cud natury, który zrobi wrażenie nawet na najbardziej wymagających.

Pustynia Tengger przy wulkanie Bromo
wulkan Bromo
droga na wulkan bromo
schody na wulkan bromo
ziemia przy wulkanie bromo
wnętrze wulkanu bromo

Nie byliśmy zbyt zadowoleni z faktu, że nasza samodzielna wyprawa skończyła się niepowodzeniem. Mimo tego jednak, takie przeciwności losu zapadają w pamięć i wspomina się je najczęściej. Najważniejsze, że nic nikomu się nie stało. Podróżowanie to nie tylko wystylizowane i piękne zdjęcia na Instagramie. To też przygody, zmęczenie, niepowodzenia, ale też chwile ekscytacji, zachwytu i możliwość poznawania nowych miejsc i ludzi. Mimo tłumów wulkan zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jeśli zapytacie mnie czego najbardziej żałuję ze wszystkich podróży, to na 100% odpowiem, że tego, że nie zostałam dłużej w okolicy Bromo, tylko już następnego dnia pojechaliśmy na wulkan Ijen. Wiem, że jest to miejsce na tzw. “raz”, ale chętnie nacieszyłabym się tymi widokami dłużej i do dziś żałuje, że tego nie zrobiłam. Może jeszcze kiedyś będzie okazja tam wrócić!

Asia by Matejko na pustyni Tengger

Moje rady dla odwiedzających wulkan Bromo:

  • Polecam zabrać ciepłe ubrania, szalik, czapkę, rękawiczki i wszystkie długie rękawy jakie ze sobą zabraliście. 
  • Przyda się latarka lub czołówka.
  • Weźcie ze sobą jedzenie i picie. Temperatury spadają tam nawet do  kliku stopni, dlatego dobrze mieć ze sobą ciepłą herbatę.
  • Ubrania i buty mogą się pobrudzić od popiołu i piachu, dlatego lepiej nie zabierajcie na wyprawę nowych, białych trampek 🙂

Jeśli byliście na Bromo podzielcie się wrażeniami w komentarzu! A może chcielibyście tam pojechać? Dajcie koniecznie znać!

Co jeszcze warto zobaczyć w Indonezji? Byliście już w Indonezji i są miejsca, które Was zachwyciły? A może marzycie o zobaczeniu jednej z wysp? 🙂

Poprzedni artykuł Kamperem do Norwegii – podróż na Lofoty i Senję
Następny artykuł Ubezpieczenie podróżne + kod zniżkowy
Podróżniczka i blogerka z ogromnymi pokładami pozytywnej energii. Uwielbiam opowiadać historie z podróży, a uwierzcie, ja to mam takie przygody, że jest co opowiadać! :) Staram się też dzielić praktycznymi poradami i przede wszystkim konkretnymi informacjami. Lubię opisywać odwiedzone miejsca jak najbardziej obiektywnie, bo uważam, że każdy lubi co innego. Jeśli napiszecie mi co lubicie, to wtedy chętnie doradzę jakie miejsca można odwiedzić ;) To co? Dołączacie do wspólnej przygody? :) Zapraszam też na mój Instagram - @asiabymatejko